Sztuka

Sztuka w dobie instant

Miła, inteligentna, zgrabna, empatyczna, niebanalna, skromna i zagadkowa – te epitety, w mojej ocenie, najlepiej określają sylwetkę mojej dzisiejszej rozmówczyni. Joanna Krzepina to nie tylko wybijająca się krakowska artystka, gość specjalny tegorocznej edycji mojego Balu Dyplomacji Wschodniej, ale również osoba niezwykle wrażliwa i zaangażowana społecznie.

Dlaczego zajmujesz się sztuką? Czy wynika to z Twojego wykształcenia, czy może jest to po prostu hobby?

Od słowa sztuka wolę słowo twórczość, jako mniej „nadmuchane”, a bardziej pojemne. Zajmuję się w życiu twórczością, ponieważ długotrwałe poświęcanie się czemuś innemu powoduje, że zaczynam się czuć, jakby mnie ktoś zamknął w skrzyni i usiadł na jej wieku. Twórczość co prawda nie eliminuje zupełnie tego rodzaju doznań z życia, przynajmniej z mojego, ale, jeśli się przydarzają, mam więcej miejsca na nogi. Jestem, w tym, czym aktualnie się zajmuję, samoukiem, więc moja twórczość nie wynika z wykształcenia, ale już się tego nie wstydzę.

Wiele nas łączy. Czy zatem jest to hobby?

Tak bym tego nie nazwała. Hobby kojarzy mi się z aktywnością po godzinach, wątkiem pobocznym, dodatkiem, a obrazy i słowa, bo zajmuję się też słowami, są w centrum mojej codzienności.

Kiedy uświadomiłaś sobie, że chcesz być artystką, freelancerką, a nie pracować na etacie, jak większość ludzi?

W dzieciństwie chciałam zostać kolejarzem, czyli, jak kombinowałam, jeździć pociągami, oglądać widoki, jeść kanapki, pić herbatę z termosu i czytać książki pomiędzy stacjami. Wciąż mam słabość do torów kolejowych, papierowych książek i gapienia się w okno, choć nowoczesne pociągi mnie rozczarowują. Wystrój nie ten. Plastikowo. Nic nie stuka…

Z koleją nie wyszło, więc pozostało uprawianie sztuki. Od dziecka miałam dużą potrzebę jakiegoś kreowania, stwarzania i równie duży kłopot z dostosowaniem się do rozmaitych odgórnie narzuconych reguł. Gdzieś tam podskórnie cały czas czułam, że w tak zwanej standardowej pracy nie będę na właściwym miejscu, ale długo usiłowałam to poczucie wyprzeć i… „znormalnieć”. Od niedawna upieram się przy odczarowaniu oksymoronu: przedsiębiorcza artystka.

Czy to prawda, że w tej chwili rynek sztuki przeżywa w naszym kraju trudny moment? Czy jest tak, że ludzie na rzecz kultury masowej i oglądania pseudo-sztuki w Internecie, na Facebooku czy Instagramie rezygnują z obcowania z prawdziwą sztuką i, co za tym idzie, z kupowania jej dzieł?

Nieprawda. Z mojego punktu widzenia jest wręcz odwrotnie. Ale weź pod uwagę fakt, że ja w ostatnim czasie mam w ofercie przede wszystkim wydruki obrazów, więc trudno mi oceniać sytuację pod kątem sprzedawania dzieł oryginalnych.
Na pewno zauważyłam, że zjawisko dekorowania mieszkań obrazami z pewnego skandynawskiego sklepu jest coraz mniej popularne, wręcz obciachowe. Rośnie świadomość, a co za tym idzie – ludzie szukają unikatowego przedmiotu dobrej jakości i są gotowi za tę jakość zapłacić więcej. Rzecz jasna – na miarę swoich możliwości finansowych. Coraz więcej osób interesuje się tym, kto stoi za daną marką.
Od kilku lat regularnie uczestniczę w targach jako wystawca i, jeśli tylko na danym wydarzeniu dopisuje frekwencja, nie narzekam na brak zainteresowania ze strony klientów. Niemniej jednak, jedną z przyczyn, dla których zdecydowałam się postawić na wysokojakościowe, lecz jednak wydruki, jest zwiększenie dostępności moich prac, czytaj – obniżenie ceny. Co ciekawe, zdarzają się sytuacje, w których klienta interesuje wyłącznie oryginalny obraz.
Jeśli chodzi o media społecznościowe i w ogóle Internet, uważam, że mogą być zarówno konkurentem dla sztuki, jak i zostać jej sprzymierzeńcem. Posłańcem wręcz. Kwestia wyboru.
Mocno wierzę, że jeśli ktoś świadomie poszukuje określonych wartości, to żaden popkulturowy przesyt nie przeszkodzi mu w ich znalezieniu. Odkryłam i wciąż odkrywam dzięki social mediom wspaniałych twórców, o których nie miałabym pojęcia, gdyby nie Internet.
Piszę zaangażowanego, niekomercyjnego bloga i bardzo dbam o poziom warsztatowy artykułów. Prowadzę konto na Instagramie w konwencji dialogu i traktuję mojego rozmówcę poważnie i z szacunkiem.
Większość moich powracających klientów wywodzi się z mojej społeczności na Instagramie. Jeśli byśmy zakładali, że sztuka pokazana na Instagramie przestaje być sztuką, kim ja bym była? Instagramerką? Nie pasuje mi ten tytuł.

Kto kupuje, kto nie kupuje?

Kupują kobiety, internautki. A tak naprawdę nie mam na ten temat ścisłych danych. Mogę opowiedzieć jedynie o ponadprzeciętnym stopniu wrażliwości i że, paradoksalnie, niezwykle często kupują inni artyści. Artystki. Rękodzielniczki. Podróżniczki. I jeszcze Mamy. Żony. Księgowe. Krawcowe. Kreatywne dusze. Poszukujące. O rany, nie ma reguły. Na pewno, sądząc po wiadomościach, jakie często dostaję, kupują ciepłe, życzliwe i serdeczne osoby.

Jak to jest: czy twoja praca ma głębsze przesłanie, czy jest tylko autoekspresją, wyrażaniem siebie? A może ta sztuka jest w twoim wypadku narzędziem walki o coś? Co chcesz przekazać odbiorcom poprzez twoje prace? Z mojej perspektywy przekaz jest bardzo ważny.

Trudne pytanie. Na pewno nie walczę. Jeśli już, to rozmawiam, dyskutuję.

Obrazy… Z mojej perspektywy intencjonalny, konkretny przekaz nie jest aż tak ważny. Pozwólmy obrazowi pozostać obrazem, nie róbmy z niego narzędzia. Ja coś czuję, więc maluję, odbiorca ogląda i ma pełne prawo widzieć to inaczej niż ja bym, być może, chciała, żeby widział. Niesamowicie emocjonalnie angażuję się w proces. Wręcz żyję malowanym obrazem. Do momentu ukończenia. Potem go „porzucam” i żyję kolejnym.

Słowa… Tu jest inaczej. Chcę przekazać i być, na ile to możliwe, zrozumiana. Staram się. Wyjaśniam. Opisuję i zaznaczam, w zależności od kontekstu, różne rzeczy. Nieustannie poszukuję. Na dziś nie mam spójnej ideologii.

Asia Krzepina na obrazach jest bajkowa, kolorowa, refleksyjna, czasami zabawna, przynajmniej w moim odbiorze. Jaka jesteś poza swoimi pracami?

O widzisz, a ja najczęściej słyszę, że jestem w obrazach, owszem, bajkowa, ale oniryczna i smutna. I co? Miałabym teraz Tobie albo temu komuś przed Tobą powiedzieć: „Inaczej, odwrotnie, źle czujesz. Przyświecało mi podczas tworzenia motto takie a takie, zatem interpretuj tak a tak”? Bzdura.
Poza obrazkami jestem wysoko wrażliwą introwertyczką, która potrzebuje dużo czasu spędzać sama, ale równocześnie uwielbia ludzi. W ogóle posiadam takie cechy, które pozornie powinny się ze sobą kłócić, ale, o dziwo, nie powodują permanentnego rozchybotania. Odnajduję się w przeróżnych środowiskach. Przyjaźnię się z osobami o skrajnie różnych typach osobowości. Mam naturę łącznika.

Co łączy Cię ze „wschodem” i dlaczego przyjęłaś zaproszenie na Bal Dyplomacji Wschodniej w Krakowie?

Jak to dlaczego? Bo mnie zaprosiłeś, a trudno Ci odmówić (śmiech). A tak na poważnie: naprawdę cenię inicjatywy łączące ludzi, pomimo iż na co dzień raczej unikam spotykania się z większą ilością osób równocześnie.
Tegoroczna idea balu, brzmiąca „Ty też możesz zostać dyplomatą”, jest mi bliska, bo ja się z całego serca czuję dyplomatką, nie tylko w kontekście wschodnim. Uważam, że dyplomacja, dokładnie tak samo jak przyjaźń, miłość i szacunek, zaczyna się już na etapie relacji z samym sobą, a dopiero potem znajduje zastosowanie w kontaktach z resztą świata.
Ze wschodem łączą mnie: mapa, słowiańska mentalność, geopolityczne powiązania i zależności, które istnieją, choćby nie wiem jak długotrwale udawać, że jest inaczej. Podobnie jak Ty, nie jestem wyznawczynią i orędowniczką “rosyjskości”. Myślę, że sprowadzanie całego wschodu do Rosji jest dużym uproszczeniem, aczkolwiek właśnie Rosja jest naszym najważniejszym partnerem w tej części świata.
Urodziłam się i mieszkam w Krakowie, choć trudno mówić o jakimś głębokim zakorzenieniu – moja rodzina przyjechała tu zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Mama pochodzi z wioski na kresach wschodnich, która przed wojną była mieszana, czyli głównie polsko-ukraińska, ale nie tylko. To też w pewnym sensie przypisuje mnie do tego wschodu.

Serdecznie dziękuję za inspirującą rozmowę, a wszystkich czytelników odsyłam do Asi kont na Facebooku i Instagramie. Wierzę, że jej sztuka i wizja świata do Was przemówią, do czegoś zainspirują, a każda złotówka wydana w bajkowym świecie jej onirycznej twórczości będzie dobrą inwestycją. Przyjemnego odkrywania!

Rozmawiał Dawid Łasut